|
Moje życie ma wiele smaków...
Wczoraj było gorzkie i słone od łez...
Dziś czuję lekką słodycz...
A co mi przyniesie jutro?
poniedziałek, 06 grudnia 2010
Czas na zmiany!
Mikołajki to dobry dzień, by coś zakończyć i zacząć coś nowego. Troszkę z żalem, bo dobrze mi tu było, ale kończę pisanie na tym blogu. Zapraszam do mojego nowego miejsca w wirtualnym świecie. Mam nadzieję, że i tam będziecie mnie odwiedzać i że Wam się tam spodoba. Do zobaczenia więc!
sobota, 04 grudnia 2010
Taki czas
Tak czas, że w domach pojawiły się dekoracje adwentowe, w niektórych już nawet świąteczne. Ja jednak się wstrzymuję. Jedyny wyłom to okno w pokoju chłopaków, które moi mali faceci obkleili już gwiazdkami, śnieżynkami, reniferami i choinkami. Tradycja, którą pielęgnuję nakazuje mi poczekać z tymi dekoracjami do 6 grudnia. Wtedy przychodzi Mikołaj, podrzuca nad ranem słodycze i drobne prezenciki do butów specjalnie na tę okazję wyszykowanych i tym samym inauguruje świąteczny czas. Ale na jedną adwentową dekorację stołu sobie pozwoliłam :-) Dziś moje starsze dziecię - aktywny judoka - pojechał z dziadkiem na wspólny trening, a ja z młodszym wybraliśmy się w tym czasie na sanki :-) Trochę to naciągana była wyprawa, bo jeździliśmy slalomem pomiędzy czarnymi plackami na drodze, ale pierwsze sanki zaliczone! :-) Z niedowierzaniem słucham i czytam o ilościach śniegu, które napadały w całej Polsce. U nas kataklizmu nie było, trawy przy drogach górują nad śniegiem, a same drogi są dwukolorowe. Na prawdziwe śniegi jeszcze czekamy :-) A na tarasie jak co dzień, w karmniku ucztują ptaszyska różnej maści. Z ubiegłego roku pamiętam, że sikorki przepędzały wróble, a w tym ze zdziwieniem zauważyłam, że siedzą w karmniku razem :-)
poniedziałek, 29 listopada 2010
Mój prywatny mors
Śnieg sypnął, ale wczoraj pokazało się też słońce, co w połączeniu z delikatnym mrozem dało tak fajną pogodę, że wybraliśmy się całą rodziną na niedzielny spacer nad morze. Tradycyjnie do Mielna :-) Tylko popełniłam karygodny błąd! Nie wzięłam aparatu, bo tak sobie niemądrze pomyślałam, że właścicwie po co? Żeby zrobić kolejne zdjęcia dzieciaków na zimowej plaży? No i nie wzięłam! A później żałowałam tego z całego serca! Po pierwsze chłopaki wyglądali bardzo pociesznie wędrując po śniegu na plaży, nieporadnie podnosili rączkami w grubaśnych rękawicach wszystkie napotkane kamienie. Po drugie trafiliśmy na spotkanie morsów z klubu Posejdon :-) Z daleka słyszeliśmy jedynie zabawne pokwikiwanie, a gdy podeszliśmy bliżej okazało się, że w Bałtyku taplają się ludzie :-) Mieli śmieszne niebieskie czapki z wesołymi różnokolorowymi pomponami! I rękawiczki i kostiumy kąpielowe i butki do pływania. Już jak na nich patrzyłam to było mi zimno! :-) Ale w sumie fajne zjawisko i bardzo sympatyczni ludzie w każdym wieku. Choć najwięcej było takich blisko emerytury. Ale mają zdrowie! :-) No i mój mąż - człowiek wody zdecydowanie, tak patrzył, patrzył i wariat - rozebrał się, przebiegł się plażą i wpadł do tej wody! A ona miała 5 stopni :-) Tylko popłynąć nie dał rady :-) Większość morsów nie pływała tylko skakała w tej wodzie, pływanie zarezerwowane jest dla twardzieli ;-) Mój mąż musi jeszcze poćwiczyć :-) Jechaliśmy na ten spacer wszyscy zakatarzeni. Po kąpieli mój maż się zastanawiał czy mu przejdzie czy się z tego zrobi zapalenie płuc. I wiecie co? Przeszło! Dziś już nie ma kataru :-) A ja mam swojego prywatnego, osobistego morsa :-) Jeśli ktoś chce spróbować w ten sposób wyleczyć przeziębienie - polecam! ;-)
sobota, 27 listopada 2010
Adwentowy domek
No i się nie pomyliłam :-) Ledwo minął Dzień Pluszowego Misia, którego trzeba było ubrać, a już przed rodzicami z grupy przedszkolnej mojego czterolatka pani wychowawczyni postawiła nowe zadanie :-) Tym razem musieliśmy zrobić Adwentowy Domek. Na poniedziałek, ale zabrałam się za niego juz dziś. I popatrzcie, co popełniłam :-)
Następnym wyzwaniem będzie strój Króla do Jasełek. Gdybym ja tylko miała zdolności Delfiny... ;-)
czwartek, 25 listopada 2010
Niskie samochody, białe dachy i początki przygotowań do Świąt
Nie lubię niskich samochodów! Nie wiem jak można lubić wpadanie tylną częścią ciała na fotel umiejscowiony na wysokości powierzchni gruntu. Nie znoszę wprost takich niziutkich wypierdków w dodatku pokrytych chusteczką do nosa zamiast dachu! I nie znoszę ich właścicieli - wyżelowanych, nadętych buców! A właśnie dziś miałam z takim jednym wątpliwą przyjemność... Stanął taki jeden właśnie tym swoim wypierdkiem za mną na parkingu przy naszym wsiowym sklepie. Cały parking pusty, ale nieee, on musiął stanąć 5 cm za tyłem mojego samochodu. Kolekcjoner odszkodowań w pupę kopany! No i nie widziałam go w lusterku jak odjeżdżałam, wycofałam i zadrasnęłam wypierdkowi zderzak. A jaki ten kurna żeluś alarm podniósł, o rany!! Że odszkodowanie, że lakiernik, że dużo pieniędzy! Wrrrr!! Tak zgłupiałam, że po prostu zadzwoniłam po męża :-) Jestem blondynką i nie omieszkałam tego wykorzystać :-) A mój mąż pierwsze co zrobił to obfotogtafował "krzywdę", mówiąc panu, że teraz jest tylu naciągaczy, którzy po małej stłuczce naprawiają sobie pół samochodu z odszkodowania :-) Tylko najgorsze w tym to, że w przyszłym tygodniu kończy mi się ubezpieczenie, i teraz w następnej składce nie będzie już tylu zniżek :-( Mój mąż tak spojrzał na mnie z politowaniem jak już pan żeluś swoim bolidem pomknął w dal i zapytał - "a nie mogłaś go puknąć za tydzień?" Ech... A za oknem białe, no przybielone dachy. Tomek już bałwana chciał lepić, ale jednak się nie dało. Ciekawe, czy to już zima przyszła na dobre?
poniedziałek, 22 listopada 2010
Zabawa w Szufladzie
Biorę udział w bardzo sympatycznej zabawie. Projektantki SZUFLADY wymyśliły akcję, dzięki której można poznać wiele ciekawych blogów i zobaczyć wiele pięknych rękodzielniczych prac. Zajrzyjcie koniecznie, a ja idę buszować po blogach :-)
piątek, 19 listopada 2010
Cudności i Miś. Pan Miś
Zaczynam od cudności! :-) Popatrzcie co od dziś przepięknie zdobi mój domek! Skrzyneczka na owoce i skrzyneczka na chlebek :-) Jedna ozdobiona motywem wisienkowym, druga cytrynowym. Przez przecudowną Kajkę / Żelkę oczywiście! :-) Ta dziewczyna ma talent! Talent wypływający z pięknej, dobrej duszy. Czego się nie dotknie - powstają małe arcydzieła. Bardzo, bardzo się cieszę z tych skrzyneczek. Są po prostu cudowne! :-) Żelciu - dziękuję, dziękuję, dziękuję! :-)
A teraz Miś. Pan Miś :-) W kolorach jesieni :-) Moje starsze dziecię musiało przynieść do przedszkola misia kompletnie ubranego. W celach edukacyjnych oczywiście :-) Na początku wpadłam w popłoch, ale z pomocą mojej kochanej Mamy, która też potrafi tworzyć cuda, jakoś dałam radę. Szydełkowe rękawiczki, buciki i czapka to dzieło Mamy, bluzeczka i spodenki to głownie mój wytwór, własnoręczny, wykończony i dokończony też przez moją Mamę :-) Bez Niej nie dałabym rady :-) Jeszcze raz wielkie dzięki Mamuś! :-) Ciekawe jakie jeszcze wyzwania postawi przede mną przedszkole mojego synka ;-)
niedziela, 14 listopada 2010
Przepis na rogale marcińskie "po naszemu"
Depesiu, Mama się zgodziła :-) Przepis na ciasto drożdżowo - francuskie zaczerpnięty z forum Cincin, autorstwa bajaderki, farsz autorski mojej Mamy :-) No to jedziemy ;-)
Składniki na ciasto drożdżowo - francuskie: - 1 szklanka ciepłego mleka - 1 łyżka suchych drożdży - 1 jajko - pół łyżeczki ekstraktu z wanilii - 3,5 szklanki mąki - 3 łyżki cukru - szczypta soli - 225 g miękkiego masła (z tego 2 łyżki użyjemy do ciasta) Suche drożdże wsypać do mleka, zostawić na kilka minut, aby się rozpuściły i dobrze wymieszać. Dodać jajko i wanilię, wymieszać. Mąkę, cukier, sól wymieszać razem w dużej misce, dodać lekko miękkie masło (2 łyżki) i rozetrzeć palcami razem z mąką. Dodać zaczyn mieszając łyżką, przełożyć ciasto na stolnicę i krótko wyrobić, tylko do momentu, aż ciasto będzie gładkie. Nie wyrabiać za długo - ciasto powinno być lepiące i chłodne. Uformować w prostokąt, przykryć folią i schłodzić w lodówce około 1 godziny. Schłodzone ciasto przełożyć na stolnicę i rozwałkować w prostokąt o wymiarach 30 x 15 cm, tak, aby krótsze strony stanowiły górę i dół. Całą ilość masła z przepisu rozsmarować równomiernie na cieście (zostawić 1/2 cm marginesu wokół). Złożyć 1/3 ciasta do góry, następnie złożyć dolną część tak, by przykryła te złożenia (tak, jak składamy kartkę papieru). Dobrze skleić brzegi i delikatnie wywałkować w prostokąt 25 x 17 cm używając jak najmniejszej ilości mąki do podsypywania. Złożyć tak jak poprzednio i schłodzić przez 45 minut w lodówce. Proces wałkowania i składania powtarzać 3 razy, chłodząc ciasto między wałkowaniami przez 30 minut. Po ostatnim rozwałkowaniu i złożeniu ciasto dobrze zawinąć i włożyć do lodówki na minimum 5 godzin, a najlepiej na całą noc. Wyjąć z lodówki na 20 minut przed robieniem rogalików. Uwaga! Po tych 5 godzinach ciasto już i tak prawie wyłazi z lodówki ;-)
(Wiem, wiem, dla mnie ten proces robienia ciasta to jakaś masakra po prostu i ogromnie Mamę za to podziwiam, ale naprawdę ciacho jest niesamowite - widać jego warstwy, jest mięciutkie i przepyszne nawet dwa dni po upieczeniu)
Nadzienie: - 1 paczka (200g) orzechów mielonych - 1 paczka (200 g) mielonycgh migdałów - śmietanka 18 % (w ilości do uzyskania plastycznej masy dajacej się rozsmarować) - cukier puder do smaku - duża garść posiekanej skórki pomarańczowej
Doatkowo: - jajko roztrzepane z 1 łyżką mleka do posmarowania - posiekane orzeszki lub migdały do posypania
Ciasto na rogaliki podzielić na 4 części, każdą rozwałkować w koło i podzielić na 8 części (prawie trójkątów). Rozsmarować nadzienie po każdym całym trójkącie, zostawiając mały margines na wszystkich bokach. Zwijać rogaliki zaczynając od najszerszego boku, w kierunku wierzchołka. Ułożyć na blaszce, przykryć i pozostawić do wyrośnięcia na około 1,5 godziny, lub do podwojenia objętości. Rozgrzać piekarnik do 180ºC, wyrośnięte rogale posmarować jajkiem roztrzepanym z mlekiem i piec około 20 minut, aż się ładnie zezłocą. Wyjać na kratkę i jeszcze ciepłe polać lukrem, posypać orzeszkami lub posiekanymi migdałami.
Smacznego!! :)
piątek, 12 listopada 2010
Rogale Marcińskie po naszemu i jesienny jeżyk
Ale dziś mieliśmy śniadanko! :-) Cała nasza czwórka w milczeniu - bo szkoda czasu - pałaszowała przepyszne rogale, które upiekła moja Mama. Z ciasta półfrancuskiego, z nadzieniem z mielonych orzechów, migdałów i skórki pomarańczowej, polane delikatnym lukrem (lukielem - jak stwierdziły nasze dzieci). Nie przyznam się, ile zjedliśmy, bo wyjdziemy na wieeelkich łakomczuchów :-) Ale na usprawiedliwienie mamy to, że jemy je tylko raz do roku, zgodnie z wielkopolską tradycją :-)
Na polecenie autorki pokazuję proces tworzenia rogali, gdyż moja Mama stwierdziła, że takie trzy ostatnie biedne nie oddają w pełni swego smaku i istoty ;-) W rzeczywistości Mama zrobiła ich z 50 :-) tu rosły
tu stygły
a tu już gotowe do pałaszowania, pewnie czekały aż po nie przyjadę ;-)
A do pokazania mam jeszcze jeżyka, którego mój starszy synek popełnił w przedszkolu :-) Tak mi się spodobał, że stanowi teraz jedną z głównych ozdób kuchennych półeczek. W całości zrobiony jest z jesiennych skarbów, nawet jabłuszka niesie na grzbiecie :-) Wiedziałam, że coś jest w tych wróżbach robionych na pierwsze urodziny. Pawłowi wywróżyliśmy, że będzie artystą :-)
środa, 10 listopada 2010
Złośliwość... no właśnie, czego?
Gdyby wszystko poszło jak należy, pakowałabym teraz torby na jutrzejszy wyjazd z Mamą do rodzinki w Wielkopolsce na cały dłuugi weekend. Ale nie pakuję :-( Miałyśmy odwiedzić groby Mamy rodziców w Poznaniu, nasycić się Naszym Miastem, poodwiedzać stare kąty, może skoczyć na rynek w południe i zobaczyć koziołki, nakupić i objeść się Marcińskimi Rogalami a potem podjechać jeszcze kawałek na południe i wskoczyć do bardzo serdecznego nam i cieplutkiego Krotoszyna. Dawno tam nie byłam i bardzo się cieszyłam na ten wyjazd. No ale Tomaszek ma ostre zapalenie ucha środkowego, które wykluło się z anginy i przeziębienia i tak zamiast podróży znów mam siedzenie w domku z chorowitkiem. Wściec się można i tyle. Tyle tylko dobrego, że w końcu wiadomo co temu maluchowi dolega, bo już się bardzo denerwowałam. Jakieś dramatyczne historie powbijały mi się do głowy i w skrócie mówiąc ostatnie trzy dni przeżyłam z dość sporym ściskiem w żołądku. Ale już mamy dobre wyniki krwi, lekarstwa, diagnozę doskonałego laryngologa i widzę, że stan małego się poprawia :-) A tak sobie myślę, że przy odrobinie szczęścia znajdzie się jeszcze niedługo taki weekend, że sobie z Mamą w naszą podróż wyruszymy :-) A rogale prawie marcińskie moja cudowna Mama upiecze jutro :-) Prawda Mamusiu? ;-)
|
O autorze
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Chciałabym tak umieć
Smaczności
Warto poznać
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||